
A wzięcie aparatu do ręki to osobna historia. Mój pierwszy — Zenit — dostałem od brata. Do dziś kręcimy razem filmy. Ale zanim była kamera, byli ludzie. I pierwszym z nich, najważniejszym, był mój ojciec.
Kawa przy oknie
Pamiętam długie rozmowy z Tatą przy kawie. Siadaliśmy razem przy oknie, w dużym pokoju naszego domu, i robiłem mu zdjęcia. Nie sesje w sensie technicznym — po prostu rozmowa, światło z okna i aparat, który był trzecim uczestnikiem tej rozmowy, nie jej głównym bohaterem.
Te zdjęcia zostały ze mną do dziś. Kiedy na nie patrzę, widzę w nich coś więcej niż portret — widzę tamte rozmowy, tamto światło, tamten czas. I chyba właśnie wtedy, choć jeszcze o tym nie wiedziałem, zrozumiałem, czym naprawdę jest fotografia portretowa: nie sposobem na zrobienie ładnego zdjęcia, tylko sposobem na zatrzymanie kogoś na zawsze, dokładnie takim, jakim był w tamtej chwili.
Dziś, kiedy patrzę na to z perspektywy dwudziestu kilku lat pracy z portretem, widzę, jak wiele mnie tamten czas nauczył. Nie o technice. O tym, że fotografia portretowa zaczyna się na długo przed naciśnięciem spustu migawki — zaczyna się od tego, czy druga osoba czuje, że ktoś jej naprawdę słucha.
Dlaczego to w ogóle ma znaczenie
W naszym życiu najważniejsze jest spotkanie z drugim człowiekiem. Prosta rozmowa potrafi zdjąć z nas poczucie samotności. Nagle wiemy, że obok jest ktoś, kto ma podobne problemy, kto też — tak jak my — potrzebuje drugiego człowieka. To nie jest nic wielkiego. To jest dokładnie to, co dzieje się przy każdym dobrym portrecie: dwie osoby, chwila skupienia, i nagle mniej samotności niż przed chwilą.
Fotografia portretowa to uwiecznia. Zatrzymuje chwilę, która już nigdy się nie powtórzy. Twarz mojego ojca sprzed lat, przy tamtym oknie, w tamtym świetle — tego zdjęcia już nikt nie zrobi drugi raz. To jest właśnie to, co czyni portret tak wyjątkowym gatunkiem fotografii: nie fotografujemy rzeczy. Fotografujemy chwile, które są niepowtarzalne z definicji.
Co z tego zostało
Dziś, kiedy uczę innych fotografii portretowej, wracam myślami do tamtego pokoju, do tamtej kawy, do tamtych rozmów z Tatą. Bo to, czego uczę, to nie jest głównie ustawianie światła czy obsługa aparatu. To jest umiejętność, którą sam ćwiczyłem, zanim jeszcze wiedziałem, że to fotografia: bycie obecnym z drugim człowiekiem na tyle, żeby zniknęła między nami poza.
Jeśli kiedykolwiek staniesz po drugiej stronie obiektywu z kimś, kogo chcesz sfotografować naprawdę — nie na pokaz, nie od święta — zacznij tak, jak ja zaczynałem. Usiądź. Porozmawiaj. Kawa pomaga. Aparat może poczekać.
